Anita Uchańska - stypendystka Klubu Rotary o pierwszych dniach swojego pobytu na Uniwersytecie w Tybindze, o samej Tybindze i jej okolicach.
Co ma robić student, kiedy nie studiuje? Odpowiedź jest oczywista - odpoczywać, chociaż najczęściej rzeczywistość jest mniej różowa, ponieważ większość studentów pracuje. Wróćmy jednak do odpoczynku. To pojęcie na tyle szerokie i wieloznaczne, że każdy może je po swojemu zinterpretować. Można więc buszować po sieci, imprezować, oglądać tv, chodzić do kina, czytać, spać czy po prostu leżeć do góry brzuchem... Wszystko to przyjemne, ale można też spróbować inaczej.
Kto się musi więcej uczyć?

Po pierwsze ustalmy, dlaczego tego czasu jest tak dużo. Otóż Niemcy nie są chyba aż tak pracowici jak nasi rodacy. Nieważne, że rok akademicki zaczyna się, tak jak u nas, 1 października, pierwsze zajęcia odbywają się zwykle dopiero dwa tygodnie później. Chyba to wszystko po to, żeby biedni studenci mogli przyzwyczaić się do tej myśli, że wakacje minęły bezpowrotnie i że już powoli trzeba skończyć ze słodkim lenistwem. Szczególnie dla mnie, jako studentki SGH, jest to zadziwiające - my wpadamy w wir pracy już w ostatnim tygodniu września. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że całkiem mi odpowiada ta nowa sytuacja - już prawie koniec października, a jak na razie miałam tylko jedne ćwiczenia i kurs języka hiszpańskiego!
Spacer po Tybindze
Coś mimo wszystko trzeba robić z tym nadprogramowym czasem. Być może przeciętny Niemiec potrzebuje po prostu tych dwóch tygodni, aby załatwić wszystkie procedury - immatrykulację, akademik, internet, bilet miesięczny. Ale, jak już się zdążyłam przekonać, można tego dokonać w ciągu jednego dnia, natomiast co zrobić z tymi pozostałymi? Całe szczęście, że Tybinga jest istnym rajem na Ziemi. To bajkowe miasteczko, położone wśród gór, gwarantujących malownicze widoki. Nic, tylko robić zdjęcia!

Spokojny spacer po starym mieście w ogóle nie wchodzi w grę - na każdym kroku zobaczyć można śliczne domki, tajemnicze przejścia, schody prowadzące w górę jakby prosto do nieba oraz urokliwe mosteczki. Budynki utrzymane są w podobnym stylu, przywodzącym na myśl poprzednie epoki - prawie każda fasada wykończona jest murem pruskim, a wieżyczki, okrągłe wejścia, ozdobne drzwi i okiennice nadają im niepowtarzalny charakter. Średniowieczny ratusz, górujący nad miastem, kościół z wysoką wieżą, z której rozciąga się piękny widok na całe miasteczko to obowiązkowe punkty programu. Ze starego miasta krętymi uliczkami pnącymi się do góry można dotrzeć do zamku. Stąd także widać całą panoramę - czerwone dachy kamieniczek pagórki na horyzoncie.
Tybinga to stare miasto uniwersyteckie - to się czuje na każdym kroku. Nie tylko dlatego, że pełno tutaj studentów. Także dlatego, że przypominają o tym nawet znaki i oznaczenia dzielnic czy raczej wiosek włączonych w obręb miasteczka. Każda taka miejscowość jest odrębną całością, z własnym ratuszem, kościołem, szkołą. Każda z nich jest inna, jednak łączy je fakt, że stanowią "sypialnie" dla Tybingi - eleganckie osiedla domków jednorodzinnych.
No i właśnie w tym miejscu okazuje się, że ten dodatkowy wolny czas zadziwiająco szybko się kurczy. No bo przecież trzeba rozejrzeć się po okolicy. To jedyna w swoim rodzaju okazja, żeby poznać codzienne życie mieszkańców bajkowej krainy. Spacery po samym miasteczku oraz wypady do poszczególnych wiosek pozostawiają po sobie łup w postaci przeogromnej ilości fotek.
Raj dla studentów
Studenci są tutaj naprawdę uprzywilejowaną grupą społeczną. W niemal co drugim budynku w centrum znajduje się siedziba jakiegoś instytutu czy fakultetu, zdarza się, że gąszcz rowerów przed mensą uniemożliwia normalne przejście po chodniku. Prawdopodobnie jest tutaj także więcej punktów usługowych nastawionych przede wszystkim na studentów - weźmy chociażby kafejki internetowe, centra ksero, publiczne pralnie czy biblioteki. A przede wszystkim kafejki i bary - wszystkie zakamarki i zaułki zostały już chyba zastawione stolikami, można spróbować specjałów prawie wszystkich kuchni świata, włączając w to oczywiście lokalną. Tak więc nikt nie wróci do domu po ciężkich zajęciach z pustym żołądkiem.
Studenci korzystają tu także z wielu ułatwień i zniżek. Po pierwsze, mogą bezproblemowo korzystać z komputerów znajdujących się w bibliotekach oraz w centrum informatycznym. Mając własny komputer możesz mieć bezpłatny dostęp do sieci uczelnianej - oczywiście wcześniej musisz zdobyć login i hasło, co czasem nie jest łatwe z powodu przesadnej biurokracji. Kolejnym miłym akcentem jest zniżkowy bilet semestralny, dostępny tylko dla studentów po okazaniu legitymacji studenckiej lub potwierdzenia immatrykulacji. Dzięki niemu można podróżować po dość szeroko rozumianej okolicy.
No właśnie, wolny czas plus bilet komunikacji miejskiej równa się podróże. Problem pozostaje jeden - jak wybrać najciekawsze cele podróży, skoro tutaj wszystko wydaje sie warte zobaczenia? Po zwiedzeniu wszystkich trzech zameczków znajdujących się w najbliższym otoczeniu postanowiłam wybrać się na dalsze poszukiwania.
Stuttgart - miasto Mercedesa

Pierwsza decyzja zapadła szybko - jadę do Stuttgartu! Inaczej niż większość moich rówieśników udających się w tym kierunku, nastawiłam się nie na zakupy, ale na zwiedzanie. Dlatego wcześniej sprawdziłam na stronie internetowej, co właściwie warto zobaczyć w mieście Mercedesa. No i przekonałam się, że to również miasto pałaców, muzeów i parków. Jednym słowem - idealny cel na początek.
Najpierw jednak trzeba było się tam dostać. W informacji turystycznej dowiedziałam się, że najkorzystniej będzie pociągiem dotrzeć do Herrenbergu, znajdującego się jeszcze w strefie obowiązywania biletu semestralnego, a stamtąd także pociągiem lub S-Bahnem do Stuttgartu.
Udało się, podróż, wliczając w to czas przesiadki, trwała około 1h. Wysiadłam w samym centrum na dworcu głównym i juz od razu wpadłam w wielki tłum ludzi przemieszczających się w różnych kierunkach z zadziwiającą szybkością. Takich tłumów w Tybindze z pewnością nie ma! Znalezienie najważniejszych reprezentacyjnych budowli nie było trudne, głównie dlatego, że znajdują się tuż obok dworca. Dwa zamki, galeria z wyjątkowo ciekawą wystawą Imperium Romanum w Badenii Wirtembergii, ogrody zamkowe, rynek, teatr i monumentalne kościoły - można dostać zawrotu głowy od takiego natłoku interesujących miejsc. A to przecież nie było wszystko, co trzeba odwiedzić w Stuttgarcie. Na razie jednak wystarczyło, ponieważ na dokładkę zafundowałam sobie długi spacer po zamkowych ogrodach przechodzących płynnie w park miejski.
Jednak nie samym zwiedzaniem człowiek żyje, czasem trzeba też coś zjeść. No i tu pojawił się dość dziwny problem - chociaż kawiarenki i restauracje wyrastają tu niemal na każdym kroku, nie było gdzie się pożywić. Po prostu wszystkie znajdujące się w okolicy przeznaczonej dla turystów i zakupowiczów były zajęte! Stoliki ciasno obsadzone rozgadanymi ludźmi nie wyglądały wcale, jakby miały za chwilę zostać zwolnione. Dopiero po dłuższych poszukiwaniach znalazłam wolne miejsce w restauracji orientalnej w jednej z bocznych uliczek.
Punktualne pociągi - to nie zawsze zaleta ;)

Moja wyprawa rozpoznawcza powoli miała się ku końcowi. Mimo że mamy tutaj istną złotą polską jesień, nie dało się zapomnieć, że to już koniec października. Jak tylko zaszło słońce i zrobiło się zimno uznałam, że najwyższy czas wracać. Zwłaszcza że to miał być powrót dwuetapowy. Pociąg do Herrenbergu podjechał jak na zawołanie, po około 30 minutach byłam już na miejscu. I tutaj czekała mnie największa niespodzianka - pociąg do Tybingi odjechał minutę później. Widok ostatniego wagonu znikającego na horyzoncie nie był wcale budujący, ponieważ okazało się, że następną możliwość dotarcia do domu mam dopiero za godzinę.
Nie ma tego złego.... Okazało się, że nie jestem jedyna taka spóźnialska. Na peronie poznałam Aurelię, studentkę germanistyki z Francji, z którą przeczekałam tę całą godzinę. Potem spokojnie dojechałyśmy na miejsce, gdyż, co ciekawe, mieszkamy bardzo blisko siebie.
Tak więc zwykła wycieczka turystyczna zakończyła się miłym akcentem. W najbliższym czasie wybiorę się znowu na podbój Badenii Wirtembergii. Zobaczymy, co tym razem się zdarzy...